In memoriam: Mrożek

sierpień 28th, 2013 by Małgosia

Odszedł Sławomir Mrożek, autor – legenda. Jestem pewna, że każdego dnia, w jakimś zakątku Ziemi choć jeden teatr gra „Mrożka”. Miałam to wielkie szczęście, że spotkałam pana Mrożka, rozmawialiśmy (tak, naprawdę!), jechaliśmy razem samochodem, a nawet byliśmy na koncercie węgierskiego barda Tamása Cseha. I często przypominam tamtem czas, bo dla mnie był szczególny. Czułam, że jestem w towarzystwie kogoś niezwykłego, a najbardziej, kiedy obydwoje milczeliśmy. To milczenie to była wielka przyjemność.

mrozek (zdjecie wlasne)
Dla wspomnienia po tamtym spotkaniu pozwalam sobie przytoczyć dwa krótkie teksty (za „Tygodnikiem Powszchnym”), których czytanie sprawia mi wielką frajdę. Pierwszy nawiązuje trochę do nie tak dawnej mojej rozmowy z synem, który zapytał:
Czy oprócz nie-dźwiedzia istnieje także tak-dźwiedź?
A druga jest mi prostu zwyczjanie bliska i swojska…

Niedźwiedź

Kto dzisiaj się fotografuje z niedźwiedziem, nawet w górach? Były czasy, kiedy w górskich miejscowościach wypoczynkowych niedźwiedź jako partner do wspólnej fotografii był bardzo poszukiwany przez turystów i wczasowiczów. Oczywiście nie był to prawdziwy niedźwiedź, ale wspólnik ulicznego fotografa, ubrany w skórę niedźwiedzia.
Był taki fotograf z niedźwiedziem w Zakopanem, znanej polskiej stacji klimatycznej. Można ich było spotkać na Krupówkach, głównej ulicy Zakopanego.
Pewnego razu przyjechał do Zakopanego Jean-Paul Sartre, wielki filozof francuski, szedł Krupówkami i potrącił niedźwiedzia niechcący.
– Pardon, Monsieur – przeprosił go grzecznie.
– Nie żaden Monsieur, ty gnojku – odpowiedział niedźwiedź, który był nieco podpity. – Tylko przepraszam cię, misiu. Nie wiesz, że „être c’est paraître”?
Wtedy Sartre doznał olśnienia i sformułował swoją słynną tezę:” Być to znaczy wyglądać”. Najwyższy już czas, żeby opinia światowa dowiedziała się, kto był jej właściwym twórcą: skromny, nikomu w kołach intelektualnych nieznany pomocnik ulicznego fotografa z Zakopanego, niewątpliwie Polak.
Zbyt często geniusz Polaków bywa zapoznany.

Pomyłka

Byłem zakochany. I wszystko wskazywało na to, że nie bez wzajemności. Byłem więc szczęśliwy.
Ale nie dowierzałem własnemu szczęściu. Bowiem nie miałem zbyt wielkiego mniemania o sobie i nie mogłem uwierzyć, aby mnie kochano takim, jakim jestem.
Przede wszystkim nie podobała mi sią moja łysina. Pewnego razu znalazłem w gazecie ogłoszenie. Instytut Dermatologii obiecywał łysym bujne owłosienie, jeżeli poddadzą się odpowiedniej kuracji.
Kuracja okazała się kosztowna, ale skuteczna. Jakże dobre było moje samopoczucie, gdy przyszedłem na spotkanie z ukochaną – już nie łysy, ale przeciwnie.
Oczekiwałem, że rzuci mi się w ramiona. Nic podobnego. Usiedliśmy na ławce w parku. Wieczór był majowy, pachniały bzy, świecił księżyc w pełni. Przez chwilę panowało milczenie.
– Wiesz, co lubiłam w tobie najbardziej? Gdy księżyc w pełni odbijał się w twojej łysinie. Byłeś wtedy tak romantyczny…
Rozstaliśmy się wkrótce. Okazało się, że na zawsze.

Kategoria: Gosia

Zostaw komentarz

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

Uwaga: Moderacja jest wlaczona. Nie ma potrzeby ponownego wysylania.